Dawno, dawno temu, w krainie, gdzie góry dotykały chmur, a rzeki lśniły jak srebrne nici, istniało królestwo zwane Aveloria. Rządził nim król Cedric — sprawiedliwy i mądry monarcha, którego lud kochał ponad wszystko. Nie był to władca o nieskończonym bogactwie ani o niezwyciężonej armii, lecz człowiek prawa i dobroci, a to czyniło jego królestwo silnym.
Jednak każde królestwo ma swoje cienie, a cieniem Avelorii była ziemia za Lasem Czarnych Cierni, gdzie szeptano o Mrocznej Królowej imieniem Morwenna. Jej zamek, zbudowany z obsydianu, górował nad klifami jak blizna. Morwenna była niegdyś dworzanką, lecz jej serce stwardniało od zazdrości. Studiowała zakazane czary, aż zniekształciły jej piękno i rozum, pozostawiając w niej tylko żądzę władzy. U jej boku, związana paktem i złośliwością, mieszkała Seraphine — Czarownica o straszliwej przebiegłości, która tkała klątwy z taką łatwością, jak inni splatali nici.

Na dworze królewskim służył rycerz Alaric — lojalny aż po kres. Nie był najsilniejszy mieczem ani najszybszy w siodle, lecz jego odwaga nigdy nie gasła. Przysiągł życie swemu królowi jako chłopiec, a w Cedriku widział nie tylko władcę, ale też człowieka, który go wychował, gdy wojna odebrała mu rodzinę.
Historia zaczyna się pewnego zimowego wieczoru, gdy ziemię spowił lód. Posłaniec wpadł do sali tronowej, zdyszany, z płaszczem rozdrapanym przez ciernie. „Wasza Miłość” — krzyknął — „rzeki zamarzają zbyt wcześnie, plony gniją w ziemi, a cienie szerzą się tam, gdzie światło nie sięga. To dzieło Mrocznej Królowej!”

Wystąpił rycerz Alaric, chwytając za rękojeść miecza. „Mój królu, pozwól, że wyruszę. Zmierzę się z Morwenną i Seraphine nie z armią, lecz z przysięgą. Jeśli zginę, zginę sam — ale jeśli zwyciężę, królestwo ocaleje.”
Oczy Cedrica złagodniały, rozdzierane między obowiązkiem a miłością. „Alaricu, jesteś mi jak syn. Wysyłając cię, ryzykuję nie tylko królestwo, lecz i serce. Ale wiem, że mówisz prawdę. Idź więc, lecz pamiętaj — odwaga to coś więcej niż stal.”

Podróż do Lasu Czarnych Cierni była pełna niebezpieczeństw. Zimowe burze wyły nad równinami, wilki krążyły po wzgórzach, a w powietrzu brzmiały dziwne szepty. Mimo to Alaric parł naprzód. Przeprawił się przez skute lodem rzeki, wspiął się na ostre klify i znosił noce, gdy nawet gwiazdy zdawały się ukrywać ze strachu.
W końcu dotarł do skraju lasu. Drzewa wznosiły się jak spalone włócznie, ich gałęzie splątane, jakby chciały schwytać intruza. Gdy przekroczył próg, światło zgasło, a powietrze zgęstniało od zapachu zgnilizny. Cienie zdawały się tu żyć, wijąc się i głodniejąc.

Alaric uniósł ostrze. „Moje sny to pokój mojego króla i radość mego ludu. Tego nie możesz utkać, bo tego nie znasz.”
Uśmiech Seraphine pękł, odsłaniając zęby ostre jak igły. Uniosła ręce, a z jej palców wystrzeliły nici czarnego ognia. Oplotły ramiona Alarica, ciężkie jak łańcuchy. Kolana mu się ugięły, siły opuszczały ciało.

Seraphine zawyła i uciekła w cienie. „Idź więc do królowej, głupcze! Ona złamie to, czego ja nie mogłam!”
Alaric szedł dalej, aż drzewa ustąpiły miejsca widokowi zamku Morwenny. Strzegł go cień i ogień, a jego wieże wyglądały jak zęby bestii. W dziedzińcu stanęła sama królowa, w szacie z czarnego jedwabiu, z koroną cierni.

Alaric podniósł głowę. „Nie przychodzę jako pies ani pionek, lecz jako głos Avelorii. Uwolnij ziemię ze swego uścisku albo walcz.”
Morwenna zaśmiała się zimno jak rozbite szkło. „Śmiałe słowa, jak na jednego człowieka. Nie widzisz? Mróz, głód, strach — to moje. Mogłabym je zakończyć jednym szeptem. Albo pogrążyć twoje królestwo w wiecznej nocy.” Zeszła po schodach, oczy lśniły złowrogim światłem. „Ale czemu cię niszczyć, skoro mogę cię przemienić? Uklęknij, Alaricu, a dam ci moc większą niż królowie.”

„Klękam tylko przed tym, co słuszne.”
Uśmiech Morwenny zgasł. Cienie wzbiły się wokół niej jak burza. Wezwała korzenie, które wystrzeliły z ziemi jak węże, uderzając w tarczę Alarica i rozrywając pancerz. Walczył, odcinając korzenie, unikając płomieni. Każdy cios osłabiał go, lecz duch płonął coraz jaśniej.

Zamek zatrząsł się, wieże runęły, magia królowej gasła. Morwenna upadła na kolana, wyszeptała słabym głosem: „Jak… zwykły rycerz mógł mnie pokonać?”
Alaric stał, drżąc, ale nieugięty. „Bo nie walczę dla siebie, lecz dla tych, którzy we mnie wierzą.”

Zmęczony, lecz żywy, Alaric wrócił do Avelorii. Lód stopniał, plony zakwitły, a rzeki znów popłynęły. Lud wiwatował, lecz rycerz uklęknął przed królem, składając u jego stóp rozbitą tarczę. „Wasza Miłość, mrok został odparty — na razie.”
Cedric objął go, a w oczach błyszczały mu łzy. „Ocaliłeś nas wszystkich, Alaricu. Nie mieczem, lecz sercem.”

I tak opowieść o rycerzu, który stawił czoła królowej i czarownicy, żyła dalej — szeptana przy ogniskach i śpiewana w salach, jako historia odwagi większej niż strach, wierności silniejszej niż pokusa i serca, które nie uległo cieniom.